Towarzysz Kot, czyli zakoceni w PRL-u. Cz. 1: Gdzie tu jest toaleta?

Niniejszy tekst jest częścią cyklu „Towarzysz Kot, czyli zakoceni w PRL-u”.

Koty pojawiły się w moim życiu w czasach późnego Gomułki. Wtedy jeszcze nie własne, bo ojciec miał obsesję czystości i trzymanie w domu jakichkolwiek zwierząt poza rybkami akwariowymi nie wchodziło w rachubę. Obcowałam więc z kotami wiejskimi, miejskimi i pokojowymi, wpatrywałam się w słój po ogórkach kiszonych, w którym pływała parka wycyganionych od przyjaciółki gupików, i marzyłam o własnym burasie.

Buras pojawił się w osobie Kici, którą mój starszy brat znalazł na strychu bloku na Stegnach i sprowadził do świeżo wykupionej na książeczkę mieszkaniową kawalerki. Kicia była bura, jak kot przykazał, i nie umiała miauczeć – co szalenie odpowiadało bratu, który też miał obsesję, tyle że na punkcie hałasu. Starałam się spędzać z nią jak najwięcej wolnych chwil, bo miałam dopiero lat kilkanaście i niewielkie widoki na własny kąt, więc zakaz trzymania futrzaków w domu obowiązywał mnie nadal. Były czasy późnego Gierka, skończyła się już epoka propagandy sukcesu i opieka nad jakimkolwiek zwierzęciem w mieście – zwłaszcza nad wybrednym kotem – wymagała nie lada poświęceń, poczucia humoru i pomysłowości.

Dzisiejszym kociarzom – zagubionym jak Jaś i Małgosia w gąszczu półek uginających się pod naporem żwirków i zarzucanym przez pocztę elektroniczną ofertami zakupu kuwet krytych, samospłukujących się, o ściankach obniżonych bądź podwyższonych – trudno sobie wyobrazić, że kiedyś nie było w sklepach ani żwirków, ani kuwet. Ściślej: kuwety bywały, jak rzucili, ale nie w sklepach zoologicznych (te służyły akwarystom i wędkarzom do kupowania robaków), tylko w salonach z zaopatrzeniem dla fotografów. Ponieważ rzucali nieczęsto, warto było zaprzyjaźnić się z jakimś właścicielem zakładu portretowego. No i potem nacieszyć się skarbem, który wprowadzał miły akcent kolorystyczny do ponurych miejskich łazienek sprzed transformacji ustrojowej – bo jak kociarz miał szczęście, to upolował piękną kuwetę z żółtego lub czerwonego plastiku. Starczała na niedługo: cienkie ścianki pękały, a dno – „z tworzywa odpornego na agresywną chemię” – nie było odporne na agresywne kocie siki i po kilku miesiącach zmieniało się w trudną do doszorowania tarkę. Ale kuweta i tak była lepsza niż ostatnia deska ratunku dla nieustosunkowanych i nieumiejących stać w kolejkach, czyli blaszana forma do placka z owocami, która rdzewiała po kilkakrotnym użyciu.

Zdjęcie z amerykańskiego magazynu "Life", lata 50-te.

Kuwetę trzeba było czymś napełnić. Tradycjonaliści maszerowali nad Wisłę (najchętniej na plażę przy Lasku Bielańskim, bo tam przy okazji piękne widoki) albo nad Jeziorko Czerniakowskie i kopali wór piasku na zapas. Czyściochy płukały piasek w misce i suszyły go przed użyciem na kaloryferze. Lenie podkradały piasek ze skrzynki dozorcy na podwórku. Mój brat podkradł raz, bo piasek był wymieszany z solą i biedna Kicia dostała zapalenia odbytu. Przy tej okazji prawie nauczyła się miauczeć. Właściciele domków na przedmieściach sypali do środka wygarnięty spod kuchni popiół. Koty były zachwycone, właściciele mniej, bo kuwety paskudnie cuchnęły, a ich mokra zawartość włóczyła się praktycznie po całym domu. A zanim kot przystąpił do mycia, lubił sobie usiąść na przedwojennej encyklopedii po dziadkach albo wskoczyć na nieposłane łóżko. Higieniści przestawili więc swoich podopiecznych na gazety – skoro opozycjonista kupował „Trybunę Ludu”, znaczyło, że miał kota, bo dziennik drukowano na wyjątkowo higroskopijnym papierze. Bogacze i ludzie kochający koty bardziej niż własne dzieci wyściełali kuwety praktycznie nieosiągalnym papierem toaletowym. Problem smrodu w mieszkaniu wciąż istniał, a do przedwojennej encyklopedii po dziadkach przywierały skrawki przemoczonej kroniki milicyjnej.

Kot jest zwierzęciem czystym i był taki bez względu na ustrój. Co wrażliwsze osobniki korzystały z kuwety z piaskiem bądź gazetami najwyżej dwa razy, po czym szukały sobie miejsca gdzie indziej. Co inteligentniejsze wpadały na pomysł, by użyć tej wielkiej kuwety z wygodnym płaskim brzegiem – czyli sedesu. Ciekawe, że PRL-owskie burasy sztukę załatwiania się do ludzkiej toalety opanowywały przeważnie we własnym zakresie – amerykańskie mruczki musiały się jej długo uczyć od właścicieli. Tak czy inaczej, kiedy Kicia załatwiła się pierwszy raz do muszli klozetowej, radość była wielka. Nasz zapał raptownie przygasł, kiedy załatwiła się po raz pierwszy, drugi i trzeci do wanny i umywalki. Ceramika łazienkowa tak jej przypadła do gustu, że trudno ją było z powrotem przestawić na plastikową kuwetę, nawet czyszczoną po każdym użyciu.

Kiedy nadeszła epoka żwirków – nawet tych pierwszych, które wyglądem, zapachem i konsystencją masy mokrej przypominały raczej zawartość betoniarki – kociarze poczuli niekłamaną ulgę. Myślę, że większą ulgę w nowej Polsce poczuły tylko matki, które mogły się wreszcie przestawić z pieluszek tetrowych na jednorazowe. Zaraz: czy wy wiecie, co to były pieluszki tetrowe? Bo mój edytor tekstu nie rozumie tego słowa i uparcie podkreśla je na czerwono…

Dorota Kozińska

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólne, Opieka i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Towarzysz Kot, czyli zakoceni w PRL-u. Cz. 1: Gdzie tu jest toaleta?

  1. Anna Szczurek pisze:

    Nie miałam wtedy jeszcze kotów- w naszym domu były stada innych zwierząt,ale do kotów mama jeszcze nie dojrzała, ale do celów toaletowych np.na wczasach, gdzie o papierze toaletowym nie można było nawet pomarzyć, najlepiej nadawała się „Prawda” -nie była wprawdzie zbyt higroskopijna, ale można było ją przemiędlić porządnie w rękach, a gazeta była wypasiona – pewnie ze 2 kg papieru. A jeśli chodzi o tetrę, to głupi komputer pewnie nie wie, że zdolne Polki uprawiały swoiste haute couture – farbowały, ozdabiały, szyły suknie i letnie spódnice na upały z tej przemiłej, bawełnianej tkaniny bez dodatku sztucznych paskudztw, najłatwiej było upolować tetrę na ul. Nowotki w chyba niezbyt uczęszczanym sklepie z materiałami. Co do kuwet natomiast, bywały czasem napełniane trocinami, jeśli właściciel kotów miał jakiś zakumplowany zakład stolarski. pozdr. A.S.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>