Mała czarna ale nie kawa

Małą Czarną znaleziono na ulicy. Poszukiwania matki i  rodzeństwa nie przyniosły rezultatów.  Dlatego  małe czarne, które szybko okazało się małą czarną, wylądowało u mnie. Wszystkie koteryjne domy tymczasowe są pełne, we wszystkich są kociaki  nie było wyjścia. Znalezienie miseczki z jedzeniem i kuwety nie zajęło kocicy dużo czasu. Zwłaszcza pierwsze zlokalizowała w okamgnieniu. Szybko też się zorientowała, że nie jest jedyną chętną do jedzenia, więc przyjęła zasadę: kiedy jem, to wchodzę do miseczki cała i głośno warczę. Zasada okazała sie słuszna – inne koty stanęły w odpowiedniej odległości, spokojnie wyczekując, aż ten wyjec się naje i odpadnie od miski. W końcu się najadł. Ale nie chciał odpaść. Następny etap to znalezienie bezpiecznego legowiska – takim okazała się górna półka biblioteczki: 10 cm od sufitu. Wdrapanie się tam nie było trudne – tuż obok stoi drapak. Najedzone czarne diablę poszło spać. Przespało całe zamieszanie związane z szukaniem malucha w dość dużym, pełnym zakamarków domu, czyli przynajmniej godzinę, jeśli nie dłużej. Nie wiem, czy znalazłabym ją sama. Na szczęście, gdy się obudziła,postanowiła zejść. I tu zrodził się problem: zejść łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić z takiej wysokości. Spokojnie, od czego są struny głosowe? Nie, nie użyła ich do spuszczenia się z regału, tylko do obwieszczenia światu, że chciałaby zejść. Zabawa powtarzała się przez parę dni, dopóki mała nie odkryła, że zupełnie bezpieczna i fajna norka jest w drukarce laserowej. Była tym przedniejsza, że  skoro z drukarki mogła wyjść sama, to już się nie darła, i poszukiwania trwały dłużej. Przecież ludzie nie mają nic innego do roboty, jak tylko szukać kota, dostarczać kotu pożywienia, ewentualnie służyć za zabawkę. Wszystko więc w porządku i zupełnie niezrozumiałe jest zdenerwowanie człowieka– czyli moje. Ponieważ udało mi się znaleźć potwora, odkarmić, odpchlić i odrobaczyć (no, może w odwrotnej kolejności), ogłaszam nabór na przyszłego opiekuna czarnej diablicy. Dlaczego diablicy? Hm, pomyślmy:

-Czy jest to mały, okrągły puszek, rozkosznie mruczący na kolanach i wtulający się w rękaw?

-Nie,to mały okrągły, puszek, który jeśli mruczy, to z zadowolenia, że w zabawie pokonał człowieka zagryzając jego dłoń, odpruwając guzik od swetra i zrywając naszyjnik, bo sam chciał być zawieszką.

-Czy jest to pogodny koteczek radośnie bawiący się z innymi?

-Nie, o  koteczek, który warczy na inne koty, co przy różnicy wielkości kociątka i dorosłego towarzystwa dość zabawnie wygląda. Oczywiście dopóki kociak nie warczy przy misce, bo wtedy koty przestają się podśmiewać i z pewnym szacunkiem odsuwają na odpowiednią odległość.

Czasem, gdy dzwoni osoba chcąca adoptować kociaka, w rozmowie używa argumentu: „chciałabym malutkiego kotka, by móc go wychować”. Cóż, w tym wypadku raczej będzie na odwrót. To kotka wychowa sobie opiekunów i biada im, jeśli nie będą dość inteligentni, by się szybko uczyć. Ona nie ma  do tego cierpliwości.

Pytam więc grzecznie: komu kotka? Do kotka dodaję gratis niespożytą energię, przekonanie o własnej wartości, dość wygórowane – i masę pomysłów na życie. Kto sprosta wyzwaniu? Są chętni?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Adopcje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Mała czarna ale nie kawa

  1. urla pisze:

    cóż.. kot z charakterem.. przechlapane.. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>