Interwencja jakich wiele

W piątek po 17.00 dzwoni telefon. Na dachu MarkPolu przy Podskarbińskiej  siedzi mały kociak i płacze od kilku dni. Dorota, która do nas zadzwoniła już dzień wcześniej zawiadomiła EkoPAtrol i Straż Pożarna – przyjechali, weszli na dach (strażacy, bo strażnikom miejskim podobno nie wolno) , pochodzili po dachu ale kociaka nie znaleźli. Nic dziwnego, był taki raban i hałas, że malec gdzieś się dobrze ukrył. Dorota dzwoniła jeszcze do kilku fundacji ale nikt nie mógł pomóc.

Następnego dnia zadzwoniła do nas. Pojechałyśmy na miejsce, akurat trafiła się majowa burza, więc tym razem też malec gdzieś się skrył i siedział cicho. Rozmowa z kierownikiem sklepu nic nie dała – on nic nie może a zwłaszcza wpuścić nas na dach, do tego jest potrzebna zgoda zarządu, a zarząd jak wiadomo w piątek po 18.00 już nie pracuje. Przyjechałyśmy więc jeszcze raz po zamknięciu sklepu, czyli po 21:00. Tym razem kociak pokazał się na dachu i płakał rozpaczliwie. Zaczęłyśmy bardzo poprawnie: od telefonów do Straży Miejskiej i Straży Pożarnej. I tu się okazało, że nikt nie chce nam pomóc bo… wczoraj było zgłoszenie w to miejsce i nic nie znaleźli, więc teraz nie przyjadą, bo kota według nich tam nie ma. Nie przekonało urzędników zapewnienie, że kota widzimy i słyszymy. Nie przyjadą i już. ?????

Następny telefon do dr Bendkowskiej z Biura Ochrony Środowiska i do kilku zaprzyjaźnionych osób z prośbą o pomoc. A pomoc polegała na przywiezieniu wysokiej drabiny  –  3-4 metrowej bo  taka nam się do samochodu nie zmieści. Na płaski dach sklepu bowiem wejść po takiej drabinie można by było. I tu znowu na naszą niekorzyść przemawia pora – piątek wieczór. Wszyscy, którzy mogliby ewentualnie pomóc są poza Warszawą i najszybciej zorganizują coś w przeciągu dwóch – trzech godzin. Nie wesoło. Wdrapawszy się po kracie okna udało mi się wrzucić na dach trochę mokrej karmy, by nam kociak czekając na pomoc nie umarł z głodu, ale i nie za dużo bo liczyłyśmy się z tym, że trzeba go będzie łapać w klatkę-łapkę. I wtedy pojawiła się pomoc. Przyszła Dorota z odsieczą w postaci siostry  Patrycji i Daniela. Co tu dużo mówić, hokus-pokus i Daniel znalazł się na dachu. Zaczęło się szukanie kota, którego oczywiście nigdzie nie było. Za to szwagier znalazł miejsce – ujście rury wentylacyjnej, gdzie kot mógł się schować. Tam postawiliśmy klatkę-łapkę i teraz wypadało już tylko czekać. I tak zaraz po północy usłyszeliśmy znajomy i jakże miły dla ucha dźwięk zamykanej klatki. W środku siedział kociak zajadający zawartość saszetki.

Podsumowując: na służby miejskie można liczyć, ale tylko w bardzo ograniczony sposób. Na ludzi zajmujących się kotami liczyć można już dużo bardziej. Dziękujemy wszystkim zaangażowanym w pomoc kociakowi, a szczególnie Dorocie, która nas zawiadomiła o kociaku i robiła wszystko by mu skutecznie pomóc (lokatorzy pobliskich bloków mówili, że kociaka widzą i słyszą od kilku dni, no ale co oni mogą zrobić….) i Danielowi który wszedł na dach, malca złapał i bezpiecznie zniósł go w klatce-łapce.  Kociak trafił do Doroty i jej rodziny, a już w sobotę dostaliśmy jakże miłą wiadomość, że kociak znalazł już domek stały!  Mały czarny (ok. 2-miesięczny) okazał się chłopczykiem i mimo, iż początki miał dość dramatyczne, teraz będzie żył długo i szczęśliwie w swoim domku.

AW

Ten wpis został opublikowany w kategorii Koty miejskie, Ogólne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>