Dlaczego nie warto mieć kota. Tekst czwarty

Kot unieruchamia. Siedzi pod fotelem i czeka. Jeśli wstaniesz na chwilę, żeby poprawić kabel przy komputerze, siądziesz z powrotem na kocie, który w okamgnieniu zajmie twoje miejsce. Leży na łóżku i obserwuje. Ilekroć weźmiesz do ręki gazetę, wskoczy ci na pierś i rozwali na samym środku działu zagranicznego, uniemożliwiając dalszą lekturę. Rzecz jasna, zadrze ogon i podetknie ci tyłek pod nos – z bliżej nieznanych powodów nie pozwoli się ułożyć twarzą w twarz. Być może dlatego, że jego zdaniem masz nieświeży oddech.

Foto. Dorota Kozińska

Kot obezwładnia. Gadulstwem, obżarstwem i nieuleczalną głupotą. Skomentuje obficie każdą wykonywaną przez ciebie czynność. Zwłaszcza bicie mięsa na kotlety w kuchni, bo pokusa będzie w nim walczyć o lepsze z nienawiścią do hałasu. Jadłby najchętniej bez przerwy, ale gdy wydasz posiłek wszystkim kocim domownikom, będzie próbował się wepchnąć do każdej zajętej miski po kolei i nie zwróci uwagi, że jedna stoi pełna, za to bez przydziału. Kiedy rzucisz mu zabawkę, pobiegnie niechybnie z drugą stronę. Kiedy nie rzucisz mu zabawki, z pewnością jej nie zauważy. Ułoży się w misce na mokrych ubraniach i będzie udawał pranie.

Kot niepokoi. Stentorowym, rozpaczli wym miauczeniem, które brzmi jak krzyk bólu w ostrej kolce nerkowej, a po chwili okazuje się zaproszeniem pozostałych kotów do beztroskiej zabawy w berka. Próbami wskoczenia na stół przykryty obrusem, które zawsze się kończą ściągnięciem serwety wraz z zawartością – przeważnie o trzeciej nad ranem, bo w dzień nie zrobiłyby na nikim wrażenia. Prychaniem, warczeniem i czołganiem się ze zjeżoną sierścią na widok ukochanej pani albo własnego cienia – bo staruszek ma kłopoty ze wzrokiem i na wszelki wypadek woli się przestraszyć.

Kot krępuje. Wskakuje gościom na kolana, pieczołowicie wybierając osoby, które organicznie nie znoszą kotów, są na nie uczulone albo ubrały się w czarną welurową spódnicę, którą trzeba oddawać do pralni na drugim końcu miasta. Śpi wyłącznie w niemowlęcym łóżeczku, i to najchętniej na głowie twojej półrocznej pociechy. Przynosi z ogrodu myszy, krety i ryjówki – częściowo wypatroszone, żebyś nie musiał zawracać sobie głowy rozpruwaniem brzucha ofiary. Skutecznie atakuje psy sąsiadów, więc co pewien czas musisz się gęsto tłumaczyć przed dzielnicowym.

Kot szantażuje. Okazuje właścicielowi bezgraniczną miłość w najmniej oczekiwanych chwilach – kiedy wieziesz go do weterynarza, robisz mu bolesny zastrzyk albo wydostajesz go z objęć rozwydrzonego pięciolatka. Kiwa łbem z lewa na prawo, pomraukuje cichutko, udeptuje wielkimi łapami podłogę i snuje za tobą powłóczystym spojrzeniem błękitnych oczu. Wszystko po to, by zmiękczyć zatwardziałe serce właściciela i wyżebrać choćby kawałeczek tej chudziutkiej wołowiny, której doktor kategorycznie zabronił.

Nie warto mieć żadnego z moich kotów. Żeby się przekonać, czy warto mieć własnego, wpierw trzeba go sobie sprawić. Dla dobra dalszych badań prowadzonych przez wolontariuszy i sympatyków Koterii – zróbcie to jak najszybciej.

Dorota Kozińska

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>